Przy stole śniadaniowym towarzystwo dzieli się na dwie części: francuskojęzyczną i angielskojęzyczną (choć w tej grupie jest, o dziwo, „mój” Francuz). Gospodarz mówi, że mogłem zjeść kolację przy ich stole, zostawiliby dla mnie trochę warzyw – no cóż, nie wiedziałem, zresztą to ich danie mięsne tak strasznie śmierdziało…
Wybieram się jak zwykle ostatni, ale towarzyszy mi dwoje chyba +/- trzydziestolatków – on gruby z brodą, ona mniej cicha, ale ładna.
Wychodzę poza mury (staro-)miejskie, żeby kupić pieczywo, a tu naprzeciwko idzie z donośnym dzwonieniem pochód wystrojonych krów (i ludzi z pasterskimi kosturami). W końcu zobaczyłem przez chwilę słynną Transhumance.