Przy stole śniadaniowym towarzystwo dzieli się na dwie części: francuskojęzyczną i angielskojęzyczną (choć w tej grupie jest, o dziwo, „mój” Francuz). Żałuję, że nie zauważyłem, kiedy odchodziła od stołu „moja” Francuzka i nie życzyłem jej wszystkiego dobrego na jej ponad pięciusetkilometrową drogę, którą zamierzała przejść.
Wybieram się jak zwykle ostatni, ale towarzyszy mi dwoje chyba +/- trzydziestolatków – on gruby z brodą, ona mniej cicha, ale ładna.
Wychodzę poza mury (staro-)miejskie, żeby kupić pieczywo, a tu naprzeciwko idzie z donośnym dzwonieniem pochód wystrojonych krów (i ludzi z pasterskimi kosturami). W końcu zobaczyłem przez chwilę słynną Transhumance.