środa, 20 maja 2026

Etap F7: Aumont-Aubrac - Finyerols - Malbouzon

 Pierwsza noc naprawdę ciepła. Raz, że to noc po w miarę ciepłym dniu; dwa, że pod kołderką z chmur; po trzecie – nasz gospodarz grzeje! A na pierwszy rzut oka wydawał się tak mało przyjazny.

Dziś od rana słońce, niespiesznie zbieram się do drogi, uzupełniając zapasy, bo nie wiadomo, kiedy nadarzy się następny sklep. Na śniadanie kupuję sobie w piekarni miejscowy specjał, carré d’Aumont. Jest ciepło, ale nie aż tak, żeby trzeba było się rozbierać z kurtek. Szlak wprowadził do Aumont-Aubrac od wschodu, wyprowadza na południe. Wzdłuż torów, wśród pól, łąk i drzew.

Ogrodzenie „Prosimy nie karmić konia. Mogłoby to być niebezpieczne dla niego”. Ujmuje mnie za serce, że nie apelują do strachu o siebie, tylko do współczucia dla innej istoty. A koń wyraźnie ma co jeść: wybieg jest rozległy, a na nim pełno trawy i ziół.

Tunel pod szosą szybkiego ruchu jest natchnieniem dla caminowych poetów, ewangelizatorów i aktywistów politycznych…

Rzeczywiście, po krótkiej chwili podejścia dzisiejsza droga wiedzie po równym, choć wśród widoków niczego sobie. La Chaze de Peyre – romański kościółek z jaskółkami w środku. Karteczki zapraszają do wejścia na chór i podziwiania witrażu-rozety z tematami z litanii do Matki Boskiej. Pachnie starym, kościelnym drewnem.

Przed Quatre Chemins kilka tablic zachęcało do odwiedzenia alternatywnej gîte u państwa Gilou i Sab. Oprócz noclegu oferują tanią kawę oraz omlety i quiches – i to od rana do wieczora. Kilkoro pielgrzymów – w tym ja – się skusiło. A tu guzik: wszystko zamknięte, żadnej choćby kartki z wyjaśnieniem. Sąsiednie główne schronisko też zamknięte – no, ale jest czas sjesty. Gilou i Sab nie pisali nic o sjeście. Tyle, że zostawili stoły i ławki – i na słońcu, i w cieniu. Mogę zjeść to, z czym przyszedłem. Postanowiłem nie zostawać ze swoim zawodem i wkurzeniem. Napisałem notkę uświadamiającą gospodarzom, że stracili sporo niedoszłych klientów… i zostawiłem ją, przyciśniętą kamieniami, na krześle tarasującym (zamknięte) wejście do schroniska.

Szlak znów odchodzi od dróżki i wiedzie na łąki. Po drodze skrzynia z… darmowymi Ewangeliami wg św. Jana. Losuję sobie cytat na dziś: „Zaprawdę, powiadam ci, kto się nie narodzi z wody i ducha, nie ujrzy Królestwa Bożego. Wiatr wieje tam, gdzie chce … tak jest z każdym, kto narodził się z ducha”. Duch i wiatr to po grecku to samo słowo. Zostaję więc z zastanowieniem, co znaczy: „narodzić się z wody i wiatru” (swoją drogą, chińskie feng shui też znaczy: „woda i wiatr”).

Woda = inicjacja lub uczucia. A wiatr? Natchnienie, intuicja – czy duch z kosmosu?

Idziemy w stronę słońca. Jest słonecznie i ciepło, ale nie gorąco. Nad podmokłymi fragmentami łąki zbudowan pomosty. Dzisiejszy pielgrzym to ma dobrze! Przez angielskie przejście drabinowe wchodzę na terytorium białych krów i cieląt. Co innego mijać się z nimi na wiejskiej ulicy, a co innego być z nimi sam na sam na ich terenie. Jakoś budzi się we mnie większy respekt.

Swoją drogą, obserwowałem w czasie tej wędrówki najróżniejsze maści krów: czerwono-białe, czarno-białe, gniade (jasnobrązowe), całkiem „czerwone” (czyli brązowe w odcieniu sjeny palonej) i całkiem białe. Ścieżka wiedzie dalej między pastwiskami i podmokłymi łąkami. Jak informuje tablica, tutejsza roślinność naturalna to step. Wśród łąk dzikie narcyzy i miejscami żonkile. I oczywiście głazy, głazy, głazy…

W Finyerols nie ma miejsca, ale polecono mi „Chez Anne” w pobliskim Malbouzon. Jedna z gościń zadzwoniła tam, by się upewnić. Jak miło!

Oberża „U Anny”. Próbowałem zapłacić kartą – „Odrzucone”. Więc siódmy dzień (+ 2 dni dojazdu) i już mi się kasa kończy?! Jak będę bardzo oszczędny, to jeszcze mi starczy na dwa noclegi. I już powrót?! No way to Estaing! (obiecałem sobie, że pieniądze na drugiej karcie są tylko na powrót do Polski i ew. noclegi w Gdańsku). Nie przypuszczałem, że na jeden kilometr będzie mi wychodzić (i to przy życiu dość skromnym, choć bez dziadowania) aż 3 euro. No, ale nie spodziewałem się, że będę się posuwał tak wolno, że będzie tak górzyście. Na mapie to wygląda inaczej. Póki co, zajrzałem jednak na zwijające się uliczne targowisko i kupiłem dwie sajgonki od kobiet o ewidentnie orientalnej aparycji. Coś trzeba jeść!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz