Śniadanie z moich croissantów i chleba z masłem, oraz następnej paczki tartego sera. W drogę dopiero przed 10-tą – żadnemu z nas się nie spieszyło. Poprosiłem gospodynię, żeby mi sprzedała długopis – dała za darmo, używany.
Dzisiaj droga bardziej równa. Dobra nasza: kolana odpoczną. Wyruszyliśmy razem, trochę zapoznając się, trochę podśpiewując – np. L’italiano vero. Pierwsze schronisko (owo Bigose) było nieczynne (już o wpół do jedenastej!). Ale były automaty z napojami orzeźwiającymi. Pachną żarnowce oraz trawy. Na dwa kilometry przed Aumont-Aubrac przysiadłem, by łyknąć pigułki, a przy okazji popatrzeć na mapę. Mateo zniecierpliwił się i poszedł dalej sam. Lepiej dla nas obu. Dla niego było za wolno, dla mnie za szybko.
Zachmurzenie prawie całkowite, ale ciepło od rana – gdyby nie te powiewy wiatru, mógłbym iść w samym T-shircie. Płaskowyż – łąki i pastwiska, dalej zadrzewienia. Świerszcze i ptaki. O, znowu wygląda słoneczko.
W Aumont-Aubrac siadłem w pierwszej restauracji – mogłaby się nazywać „Zakręt” ze względu na usytuowanie wręcz na zakręcie szosy i to, że się nie siedzi w środku (może, gdyby zamówić obiad, to by pozwolili). Kawa nie tania, ale przyzwoicie duża. Przy sąsiednim stoliku siedzi załoga motocyklistów. Nie wyglądają aż tak dziko jak ich polscy odpowiednicy, ale za to mają stroje fachowe, niczym rajdowcy. Przy drugim stoliku grupa ewidentnie pielgrzymów. A miasto jak miasto, mogłoby być gdzieś w Polsce. Poza ogródkami wysypanymi żwirem.
Chciałem się zaopatrzyć, chciałem coś zjeść – nic z tego! Miasto śpi do 15-tej (tzw. sjesta od 12.30), czyli akurat teraz. Czynna tylko droga restauracja „La Pause”, która potem… okazała się najtańszą w mieście, czynna dla odmiany właśnie od 12 do 15. Za późno się zdecydowałem.
Nawet pieczątka naprzeciwko kościoła dopiero od 14.30 – ale za to starszy pan tam urzędujący częstuje kawą/herbatą i rozmową. Pocieszył mnie, że najbliższe etapy będą prawie po równym. I może polecić tanie gîtes – moja intuicja też mi poleciła pierwsze z nich! Kościół jest pod wezwaniem św. Stefana, ale parafia – świętego Jakuba. Prosty, ale spory i prawdopodobnie mniej więcej z XII wieku. Romański, oczywiście.
Zrobiłem zakupy. Przy otwieraniu puszki z fasolą, skaleczyłem się głęboko. Tym bardziej nie ma co iść dalej. Znalazłem poleconą gîte – miejsce jest, i tylko 15 euro! Standard… odpowiedni do ceny, ale pokój jednoosobowy, z oknem-świetlikiem, tak jak mi się marzyło!
Wieczorem zaś hospitalero (czy jak to się we Francji nazywa) dał mi skorzystać z kuchni, bym zrobił swoją sałatkę (klasyka: roszponka, pomidor i tarty ser).
Na skwerze, robiącym za park miejski, ciekawostka: totem
zbudowany przez uczniów tutejszej szkoły pod kierunkiem rzeźbiarza
- a wszystko w imię rozwijania świadomości ekologicznej
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz