poniedziałek, 18 maja 2026

Etap F5: Le Sauvage - Les Estrets

 

W nocy padało, rano bardzo rześko. U stóp tego kompleksu schroniskowego jest jezioro. A dookoła tylko dzicz (choć nieco uczłowieczona). 

Wczoraj odkryłem właściwy sposób używania tej ładowarki. Od dziś więc robię dużo zdjęć!


Szeroka droga idzie skrajem rzadkiego lasu świerkowego. Śpiewają ptaki.
Szlak dochodzi do drogi, by odwiedzić źródełko św. Rocha, a nieco dalej – kaplicę pod jego wezwaniem. Dowiaduję się, że fajny był z niego gość. W wieku 17 lat, po śmierci obojga rodziców, rozdał majątek biednym, a sam odtąd żył na przemian: pielgrzymując i pomagając chorym, chorując i znowu pielgrzymując, aż wzięli go za szpiega i wtrącili do lochu, gdzie po pięciu latach wyzionął ducha, mając zaledwie lat trzydzieści, na parę dekad przed bitwą pod Grunwaldem. Takie to były czasy! Łatwo tracimy z oczu fakt, że dziś żyjemy w dobie wielkiej obfitości i wielkiego rozkwitu społecznego ludzkości. Choć odbywa się to kosztem wielkiej rzezi świata pozaludzkiego i wielkiego ucisku między ludźmi. Ten stan nie może długo trwać, zwł. z tego pierwszego powodu.

Szlakami jasności

idziesz w świat, pielgrzymie.

Wybrałeś Panią Ubóstwo,

i szaleństwo drogi.

I rozmawiasz z ptakami

i śpiewasz z wiatrem.

Tak, ty zachowałeś to, co najpiękniejsze:

skarby swojego dzieciństwa!

Wg przewodnika Michelin, szlak przechodzi przez miejscowość La Roche, ale w terenie wygląda na to, że idzie bokiem. Za to przez mostek z podłużnych głazów. Nad kolejnym rwącym strumieniem wśród łąk.

Tablica informuje, że wchodzę na teren Okcytanii, czyli krainy historycznej, gdzie dawniej mówiono po okcytańsku (i jeszcze dziś mówią niektórzy staruszkowie i młodsi zapaleńcy). To właśnie język dawnych trubadurów. 

Zboczyłem w „wariant”, który ma mnie prowadzić do gite, baru i hotelu w jednym. Łąki ciemnozielone, pełne świerszczy i pachnące. Przy drodze chlupiący strumyk. Żeby nie było aż tak sielankowo, wszędzie ogrodzenia z drutu kolczastego, którym w jakimś miejscu rozedrę sobie wiatrówkę.

Gite/bar zamknięty od 12-ej do 16-ej, ale skorzystałem ze stołów i ławek, by zjeść pieczywa z masłem (jak to nazwać? Bułka paryska? Przecież nie chleb!) i wymienić baterię w telefonie (mój stary się nie ładuje, więc noszę zapasowy i ładuję go na co którymś noclegu). Przy okazji odpoczywają plecy, ramiona i stopa. Jeszcze parę swobodnych, głębokich oddechów… i w drogę. Po wsiach pełno bzu kwitnącego i pachnącego. Przy gite też. Słońce jakoś się przebiło przez baldachim ciemnych chmur.



Warianty się połączyły, wciąż schodzę w dół. Po drodze mam iglasty las na stromym zboczu – w poszyciu leszczyny, brzózki i janowce – po lewej widok w dół na prawie równinę. Schodzę z gór Margeride.


Wieś
Le Rouget. Gospodarstwo rzeźbiarzy zaprasza (napisem) do odpoczynku i zdrzemnięcia się nad ich sadzawką w ogrodzie. Ale długo ta drzemka nie potrwa, bo nad stawem przechadza się olbrzymi kogut i co chwila demonstruje swój niesamowicie silny głos – śpiewacy belcanto mogliby pozazdrościć!

St. Alban-sur-Limagnole. Szlak zmyślnie okrąża miasto, żeby pokazać pielgrzymom jak najwięcej (oraz ułatwić dotarcie do gites i sklepów). Ależ tu cicho! Tylko świerszcze i nieliczne ptaszki, czasem jakiś odgłos ludzkiej aktywności, np. naprawiania drewnianego wykusza. Obchodzę centrum szpitalne, po lewej jakiś niski, za to bardzo solidny, kamienny parkan. Przyszło mi do głowy uzupełnienie znanej maksymy:

„Jeśli myślisz na rok, siej zboże;

jeśli myślisz na dziesięć lat, sadź drzewa;

jeśli myślisz na sto lat, nauczaj…

…a jeśli myślisz na tysiąc lat, buduj katedry i kamienne płoty!”

Zamek w St. Alban – położony na skarpie i potężny, choć urodą przypomina raczej bloki z połowy XX wieku. W czasie II wojny światowej tu się ukrywało wielu członków ruchu oporu (gdzie by ich znaleźć w tych licznych „komnatach” i piwnicach!).


Kościół w St. Alban-sur-Limagnole

Za Grazières-Mages (czyli wielkimi pastwiskami; mage to po tutejszemu „wielki” – zamiast grand; małe zaś to ménoux) przekraczam rzeczkę Limgnole. Łagodnie w górę ku ostatniemu dziś wzniesieniu. Potem wioska Chabannes. Gospodarze na końcu wsi zapraszają na darmowe WC i odpoczynek. Oraz do automatów sprzedających mydło domowej roboty. Szkoda, że nie mam dwóch euro drobnymi!


Łagodnie...

...w górę



Do schroniska w Les Estrets dotarłem o 20.20.

– Jest pan późno! - gospodyni przywitała mnie z wyrzutem, ale nie patrzało jej źle z oczu. Pielgrzymi w kuchnio-jadalni właśnie kończą kolację. Nocleg kosztuje 23 euro. Gdy wydostałem z głębi plecaka swoje ostatnie (w gotówce) 50€, wydała mi reszty 30€ (nie miała drobniej, czy zrobiło jej się mnie żal?). W schronisku tylko kilkoro pielgrzymów, w tym Francuzka-Murzynka, którą już spotykałem w drodze. W dużej sypialni wieloosobowej (dortoir) jest nas zaś tylko dwóch: ja i młody Mateo z Toskanii. Mamy drewniany balkon i dużą, czystą łazienkę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz