Przy stole śniadaniowym towarzystwo dzieli się na dwie części: francuskojęzyczną i angielskojęzyczną (choć w tej grupie jest, o dziwo, „mój” Francuz). Gospodarz mówi, że mogłem zjeść kolację przy ich stole, zostawiliby dla mnie trochę warzyw – no cóż, nie wiedziałem, zresztą to ich danie mięsne tak strasznie śmierdziało…
Wybieram się jak zwykle ostatni, ale towarzyszy mi dwoje chyba +/- trzydziestolatków – on gruby z brodą, ona mniej cicha, ale ładna.
Wychodzę poza mury (staro-)miejskie, żeby kupić pieczywo, a tu naprzeciwko idzie z donośnym dzwonieniem pochód wystrojonych krów (i ludzi z pasterskimi kosturami). W końcu zobaczyłem przez chwilę słynną Transhumance.
Mimo niedzieli i święta, sklepy z żywnością z rana czynne. Nakupiłem jedzenia na cały dzień, i to wyjątkowo zróżnicowanego: pieczywo (pół bagietki, croissant i pieróg ze śliwkami), ser, banan, figi suszone i sezamki. Nie będę dziś żył o chlebie i wodzie (oraz pistacjach) jak wczoraj. O, nadciąga następna fala krów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz