Bar otwarty, ale crêpe’ów z rana nie sprzedają. Quel domage! No, ale 6€ za przyzwoite śniadanie francuskie (w dodatku z sokiem z mango i dokładką chleba…) to cena do zniesienia. Wszak jest niedziela!
Na ulicy słońce i muzyka na cały regulator. Grają w jednym z barów przy głównej ulicy. Młody wychodzi do mnie tańcząc i zachęca do środka. Tam więcej młodych chłopaków i dziewczyn, zapraszają, gestami proponują drinki i zioło. Odmawiam, bo chcę iść trzeźwy, no i droga już mnie woła. Ale to miły początek dnia. Ludzie na ulicy też mnie pozdrawiają.
Uliczkami miasta w dół. Już za rogiem muzyka cichnie, słychać tylko ptaki, czasami samochód lub poranne nawoływanie ludzi.
Przed przejściem przez rzeczkę Seuge kolejna rzeźba – a właściwie pień bardzo starego drzewa, przerobiony na rzeźbę. Dziś szlak podobno łagodny, ale i tak przeważnie pod górę. I osiągnę dziś wysokość, na jakiej jeszcze nie byłem: 1322 m n.p.m. Lekko kręta droga wśród pól i skowronków.
Ociepliło się – pierwszy raz idę bez polaru. Z drugiej strony, zbierają się gęstsze, szarawe chmury. Wzdłuż lasu łagodnie pod górę. Za mną obfite śniadanie, a sił mało. A może to właśnie sugar blues? Kawałeczek sera – i od razu lepiej!
Droga wchodzi w las sosnowy (wcześniej był kawałek świerkowego) – i znów świerki. A teraz znów trawiaste kotlinki i wzgórza przetykane zadrzewieniami. Ochłodziło się, ptaki i świerszcze nadal słychać.
W XVIII w. po okolicy grasowała Bestia z Gévaudan [żewodã] – wilk-ludojad, a może hiena, wielu sądziło, że wilkołak. Bardzo okrutny, rozszarpywał swoje ofiary, odgryzał im głowę. Król Ludwik XV wydał za nim specjalny list gończy, i w końcu ktoś go ponoć ukatrupił, w każdym razie bestialskie ataki ustały. Od tamtej pory zajadły wilk stał się symbolem regionu.
Znowu przekraczam rzeczkę Seuge, tu jeszcze węższą niż w Saugues, za to żywo chlupiącą. Dalej droga znowu w górę – może się rozgrzeję. Mijam stado gniadych krów, rozsiadłych na łące, jakby pogrążonych w medytacji. Ja też medytuję, tyle że idąc. „Z każdym krokiem wyrasta kwiat”? Tu na każdym kroku wyrastają dziesiątki kwiatków!
Pod deszczochronem za publiczną toaletą u stóp jakiejś kamiennej wieży we wsi La Clauze spożywam mój lunch – większą połowę quiche’a z porami, kontempluję mlecze i dmuchawce. Rozważam, czy skorzystać z pobliskiego WC i czy pofatygować się do miejscowej gite po pieczątkę. Sto metrów dalej solidne kapliczko-schronisko (refuge) z prostym kominkiem! Tu się chronią ludzie, gdy leje, a i pomodlić się mogą, i różaniec zawiesić. Przy stole milczy smutna para. Na zewnątrz też stoły, gwar grupy wędrowców w średnim wieku.
Gite jeszcze nieczynne. Przed nim siedzi grupa kotków we wszystkich możliwych kolorach, a pan, który do mnie wychodzi, informuje, że pieczątkę dostanę 50 m dalej. Nic takiego nie znajduję, tylko ową eko-toaletę. Nie chciałem się ekozałatwiać (co oznacza niemożność umycia rąk), ale połączone siły ciała i rozsądku wzięły górę.
Idę drogą (asfaltową, ale nieuczęszczaną) do Le Falzet. Tu to dopiero jest pięknie! Soczystozielone pastwiska, za nimi grupy drzew i lasy. Teren lekko falujący. Słychać tylko ptaki, świerszcze i dzwonki krów w dali. Pochmurno, ale nie pada.
Le Falzet. Ferma krów z mleczarnią. Tak zadbana i tak zaprasza, że skusiłem się na dużą kawę z mlekiem z dzisiejszego udoju. Pokrzepienie dla ciala i duszy. Ale to dopiero połowa drogi, którą zaplanowałem na dziś! Chyba że gdzieś wcześniej będzie schronisko.
W kolejnej wsi, oprócz pięknego gite, napotykam wartką rzeczkę, co się rozwidla: prawy nurt spada z pluskiem po kamieniach, lewy toczy się cicho i spokojnie wśród łąk zakolami nad piaszczystym dnem. Niepostrzeżenie zrobiło się całkiem słonecznie!
Chazeau.
Ostatnie schronisko przed Le Sauvage – pełne. Na końcu wsi
otwarta kaplica św. Rity, specjalistki od spraw beznadziejnych –
to dla pielgrzymów, którzy nie mają noclegu albo dość sił, aby
do niego dojść! (czyli dla takich jak ja). Nadzieja jednak mnie nie
opuszcza. I słońce tak optymistycznie świeci. Zrobiło się
naprawdę ciepło – chyba pierwszy raz, odkąd wyruszyłem z Le
Puy.Niestety, uwieczniłem też rozmyty obraz mojego palca :~
Za Chazeau teren miał opadać przez ok. pół kilometra, tymczasem było trochę w górę, trochę w dół – średnio, mniej więcej po równym – potem w las i wspinaczka ku najwyższemu wzniesieniu dnia. Po drodze zapisuję sobie namiar na schronisko w gospodarstwie „bigosowym” (Bigose), o jeden do półtora dnia za Le Sauvage. Może tam dotrę jutro? Podoba mi się nazwa, i zdjęcia pokoi też fajnie wyglądają.
I w końcu ostatni odcinek: 1,3 km zejścia do Le Sauvage wśród łąk, z kępami drzew. Tyle, że zerwał się zimny wiatr. Dobrze, że mam długą apaszkę, która może i grzać głowę, i równocześnie robić za szalik. Sam kapelusz by słabo wystarczał. Te łąki to równocześnie źródliska potoczków. Cóż piękniejszego nad potoczek z cichym chlupotem znajdujący sobie drogę wśród traw?
Le Sauvage (Domaine de Sauvage), jak się okazało, to jeden duży folwark i nic poza tym! Jest spore schronisko (formalnie: dwa schroniska), ale wszystko zajęte. Trafiłem akurat na kolację pielgrzymów przy wspólnych, długich stołach. Zamówiłem zupę, wcześniej zapytałem o nocleg. Nie ma szans, w następnym schronisku, kilka kilometrów dalej, też nie ma miejsc! A tu noc idzie. Są jeszcze jakieś pokoje gościnne w innych wsiach w pobliżu, ale telefon nie łapie zasięgu.
Gospodarz długo się zastanawiał, w końcu powiedział, że może mi wskazać miejsce, jeśli się zgodzę spać na gołej ziemi, tzn. podłodze. Mam nadzieję, że nie na tej kamiennej posadzce… Ale położy się śpiwór na płaszczu od deszczu, założy na siebie wszystko, co się da, i z tym wejdę do śpiwora… Przy stole posadzono mnie… z tymi starszymi paniami, z którymi wczoraj szedłem kawałek. Poczęstowały mnie ziemniakami i mięsem (którego odmówiłem), a nawet kawałkiem sera. Od gospodarza dostałem dużą misę zupy jarzynowej i chleba do woli. W końcu przydało się masło od Michela… Jak to Opatrzność potrafi zgrać ze sobą wszystkie szczegóły! Jak w nieprawdopodobnej powieści czy w filmie drogi z religijnym odchyleniem… A to samo życie!
Moja sąsiadka przy stole nawet zafundowała mi kawałek ciasta. Umiarkowanie smaczny, ale bardzo duży, i na ciepło (mogę potrzebować dziś dużo kalorii!) Ale Góra, poprzez życzliwych i hojnych ludzi, o wszystko się troszczy!
Po kolacji monsieur Philippe zaprowadził mnie do jednego z tutejszych gites („Jonquilles”), postawił mi w pralnio-świetlicy łóżko polowe (obok kaloryfera zresztą), dał dwa porządne koce i już chciał szukać pościeli, ale przypomniałem mu, że mam śpiwór, więc nie potrzebuje się fatygować). Pokazał, gdzie są łazienki, i powiedział, że normalnie biorą 25 euro od osoby, ale ode mnie wziął tylko 10. Godzinę później wrócił i dał mi te 10€ z powrotem, plus bilet na śniadanie. Gdy się wzbraniałem przed przyjęciem, powiedział:
– Ma contribution… - jego wkład w moje marzenie. „Bóg się popisuje”, jak by powiedziała Julia Cameron! Ostatnio doświadczam tyle ludzkiej dobroci… Mit o egoistycznych Francuzach legł w gruzach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz