Coraz niżej – coraz zimniej. Le Chier, 2 km przed St.-Privat-d’Allier. Jest publiczne WC, niestety bez papieru. Dalej w dół drogą szutrową wśród pól. W dole mgła – zaraz ją przewiał zimny wiatr. Toż to góry! Łagodne, ale góry, wysokie jak nasze Beskidy albo Sudety. Dwóch rzeczy żałuję: że nie wziąłem rękawiczek i mojej starej, sprawnej ładowarki do aparatu fotograficznego. Ta nowa tylko udaje, że działa (a ja jej nie sprawdziłem przed wyjazdem).
Dróżkę rozświetlają żółtym kwieciem wysokie po pas janowce (a może żarnowce?), ciągną się wzdłuż całej drogi. Ptaki też nie milczą. Jest pięknie! Gdybyż nie to zimno…
Punkt dwunasta moim oczom ukazała się znana ze zdjęć bryła zamku w Saint-Privat-d’Allier, wznoszącego się pionowo nad zielonym urwiskiem. I właśnie wtedy przestał mi działać aparat (bateria wyczerpana)! (A w telefonie nie mam miejsca na zdjęcia, ani na jedno!) Zamiast tego miałem bijące dzwony i wyszło słońce! Czy w takiej małej mieścinie może być sklep fotograficzny albo z bateriami? Już myślałem, że przyjdzie mi fotografować tylko oczami, ale postałem dłuższą chwilę, potarłem aparat i samą baterię, i jeszcze na parę chwil ożył. Stąd powyższe zdjęcia.
Bezpiecznie przeszedłem przez strome i śliskie ścieżki górskie, a we wsi się wywaliłem. Na prostej drodze… No, okazało się, że nie na prostej – to był bardzo pochyły wjazd do czyjegoś garażu. Nawierzchnia: kamienisty asfalt. Rozdarłem nogawkę spodni i skórę kolana. Zaraz nadbiegli ludzie – rodzinka wędrująca z… osłem (w charakterze tragarza). I inna rodzina, wielodzietna. Pomogli wstać, opatrzyli skaleczenie – choć moja woda utleniona też się przydała. A w barze nie było miejsca, ale zaprosiła mnie do stolika młoda kobieta, która ostatniej nocy spała na pryczy pode mną. A więc, wśród pozornej obojętności Francuzów, nie brakuje ludzi życzliwych i pomocnych!
Spędziłem w St.-Privat ze dwie godziny, pokrzepiając się w jednym barze kawą (i bułką z Bleu d’Auvergne, którym zostałem poczęstowany), w drugim zupą szpinakowo-pokrzywową (orties) i korzystając z WC.
Od razu za wodą ostro pod górę – właściwie nie ma gdzie zjeść magdalenkę czy też tę fasolkę, co od wczorajszego rana noszę pół puszki. We wsi (podobnie jak we wczorajszej) działa więcej gites niż wymieniono w przewodniku. Dobry znak.
Znowu kropi i zrywa się silny wiatr. Zaraz jednak szlak schodzi ze stromej serpentyny na gruntową ścieżkę wśród janowców. Na krawędzi głównej kotliny mogę wśród innych kwiatów zjeść tę magdalenkę. Dzikie irysy, jasnożółte i jasnofioletowe. Trochę asfaltem, a trochę błotnistymi ścieżkami. Wokół kwitną niezapominajki.
Wysłoneczniło się. Mijają mnie inni wędrowcy. Muszli na plecakach mało, ale plecaki pokaźne. Widoki iście górskie (Sudety albo Beskidy). A myślałem, że Owernia to tylko wyżyna, a góry we Francji to Alpy, Pireneje, ewentualnie Wogezy. Błąd.
Przed Rochegude doganiają mnie państwo z osłem. Pytają (i ojciec, i jedna z córek), czy u mnie wszystko w porządku. Tak, jak najbardziej! I jestem w zdecydowanie lepszej formie niż 1. dnia, tzn. wczoraj. Ciało przypomniało sobie, jak się chodzi.
Tu znów biją dzwony. Na skale powyżej kościółka wznosi się imponująca kamienna baszta. Miejsce z historią… Następna rodzinka, z małymi dziećmi. Dziewczynka malowniczo oparta o głaz z nazwą miejscowości śpiewa słabym głosikiem. Wygląda na zmęczoną.
Jakie doliny! I wzgórza. Był to „zamek na skale”, jeden z wielu w okolicy, zbudowany już w XII wieku.
Odpocząłem w kaplicy. Zjadłem pożywne co nieco na dawnym zamku, u stóp wieży (niesamowity widok!), a gdy miałem iść dalej szlakiem, zabiegł mi drogę szczekający nie na żarty (nienażarty?) biało-czarny pies. Poprosiłem o Bożą ochronę i prowadzenie, i wycofał się. Ale gdy znowu chciałem pójść naprzód, znów na mnie wyskoczył, a za chwilę było ich trzy. Najmniejszy wydawał się powstrzymywać tamtego przed rzuceniem się na mnie, a trzeci zabiegał mnie od tyłu. To chyba mam właśnie ten znak, że mam zawrócić i pójść skrótem, opisanym w zeszycie Ariane i Didiera! Zalecanym, gdy drogi błotniste i śliskie – jak dziś.
Drewniana budka z ogłoszeniem o wynajmie… osłów! Pół dnia 35 €, cały dzień 55 €. Droga powrotna w górę, do linii wysokiego napięcia, nie trwała długo. I to chyba ta dróżka w bok i w dół, którą miałem iść. Wieje, ale jest słonecznie. Skrót rzeczywiście był bezpieczny. Doprowadził mnie do Pratclaux. Trafiłem na szlak, ale nie byłem pewien: w lewo czy w prawo? Pytani ludzie mieli na ten temat różne opinie. Poszedłem zgodnie z intuicją (i z tym informatorem, który wyglądał bardziej na miejscowego). Nie myliłem się, choć z początku szlak tak zakręcał, że miałem coraz większe wątpliwości. Przeważnie w dół. I już niebawem będę „U Andrzeja” (chez André). I będę nocował równo 1500 km od Santiago…
Jak informują tablice edukacyjne, dziś rano zszedłem z bazaltowych gór Devès i wkroczyłem w granitowy region rzeki Allier, a teraz właśnie schodzę na dno rozległej doliny. Dopiero, gdy widzę jej dno, widzę, jaki to ogrom – i jakie pionowe skały nad tą doliną – zwłaszcza po tamtej stronie (gdzie mam iść jutro).
Schodzi grupka jakby zuchów z opiekunem. Wesoło śpiewają – sądząc po ich entuzjazmie, to jakaś rubaszna piosenka. O, nadchodzi kolejny zastęp. Nie, tym razem to rodzinka z dziećmi, również rozśpiewana! Wstaję z widokowej kamienistej ławeczki. Pora iść – w stronę słońca. Dochodzi siódma.
Widok z mostu Eiffla w Monistrol
W
Monistrol,
za mostem Eiffla okazuje się, że nie zrozumieliśmy się z panem
André.
Chciał
mi zaoferować tylko nocleg z wyżywieniem. Ponieważ powiedziałem,
że chcę sam nocleg, nie zarezerwował, zresztą nie jest
sympatyczny. 100 metrów dalej jest schronisko wegetariańskie, gdzie
reklamowali, że przyjmą nawet bez rezerwacji, ale okazuje się, że
ponoć dzisiaj jest najbardziej obłożony dzień roku – ichnia
„majówka”! Pan zmiękł i powiedział, że jak nie znajdę
miejsca gdzie indziej, to
on
mi wstawi łóżko do pomieszczenia na bieliznę
(a może do pralni?) i tam przenocuję. Jutro to ja zmięknę i
ewentualnie zgodzę się na demi
pension.
W końcu wylądowałem „Chez Martin”, czyli u Marcina Ćwirki - Polaka, który wynajmuje tu dom. Nie jestem pewien, czy to on mi otworzył, ale chyba tak, bo nie mówi czystą francuszczyzną. Ma ręce w tatuażach i nonszalancki sposób bycia, za to nie robił mi żadnych problemów, nie pytał o mój dokument – i ma jeszcze wolne miejsca. Okno z widokiem wprost na szumiącą rzekę Allier! Most jest tuż tuż, noc za 25 euro, łóżko zasłane, na stoliku ewangelia, a na łóżku magdalenka!
Potem było jeszcze lepiej. Od mojego współlokatora dowiedział się, że jestem z Polski. Dostałem igłę z nitką (nawleczoną!) i mogłem sobie wziąć bez dopłaty ręcznik. Pościel też w cenie noclegu. A na końcu zostałem zaproszony na śniadanie. I spałem lepiej niż którejkolwiek z poprzednich nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz