Mimo, że prysznic wziąłem wieczorem i położyłem się rekordowo wcześnie, nie udało mi się wygrzebać przed 8:30. Lepiej nastawiać sobie budzik na pół do siódmej albo jeszcze wcześniej! Od rana słońce, ale jeszcze nie całkiem ciepło. Będzie gorąco, ale może wysokości (>1320 m n.p.m.) to złagodzą.
Najpierw trochę ulicą, potem trochę ostro do góry – zmieniam buty na adidasy – a potem znów łagodną, gładką drogą szutrową prawie po równym. Pielgrzymów jest… wielu. Idę mniej więcej trasą transhumance – dziś zaczyna się w Aubrac, przez które będę przechodzić, jutro wchodzi do St. Chély, gdzie właśnie mam zamiar dziś nocować.
Wreszcie cień. Idziemy skrajem zadrzewienia pełnego ptaków. A teraz odpoczywam pod rozłożystym, prastarym bukiem albo grabem. Trzy pary w średnim wieku wreszcie poszły dalej. Minęły mnie też dwie pary młodych dziewczyn.
W najwyższym punkcie trasy (1340 m) drewniany schron przed żywiołami (w moim przypadku – przed słońcem), z przeszklonymi oknami i drzwiami! Jest na tyle duży, że jedna, dwie osoby mogłyby tu nocować.
| Pokrzepiający napis na suficie, całkiem niedawny. Podoba mi się koncept! |
Po pierwszej dotarłem do dawnego hospitalu czyli schronisko-szpitala dla pielgrzymów. Miejsce to stało się znanym klasztorem i w swoim rozkwicie miało 15 duchownych, 120 mnichów i 30 sióstr-pielęgniarek, a także mikrozakon rycerzy ochraniających pielgrzymów w okolicy!
Aubrac. Tu się zatrzymałem na kawę i pierwszy od kilku dni ciepły posiłek: omlet z miejscowym serem i... z sałatą! Przygrywa wesoła francuska muzyczka akordeonowa. Jedna starsza pani tańczy, niosąc swoją tacę z jedzeniem. Słodka Francja!
Słońce nie spuszcza z tonu, ale pod tym parasolem jest całkiem przyjemnie. Powietrze nie ma (według mnie) więcej niż 26ºC. A omlet jest naprawdę przedni!
Tuż obok mini-ogród botaniczny! Skrzynka na datki. Wrzucam tylko 1 euro – tyle mam monetami. Inni nie wrzucają nic. Coś jest napisane o 3€, ale bez wskazania, że to obowiązkowe, tylko że tak można ich wesprzeć. Można się tu dowiedzieć, jak się nazywają okoliczne dzikie rośliny, oraz które są jadalne, a które trujące. Dla mnie wszystkie są egzotyczne, choć wyglądają tak niepozornie!
Genêts à balais – to „mój” janowiec czy też żarnowiec<popraw wcześniej!>. Prawidłowa nazwa: żarnowiec miotlasty. Zdaje się, że to nie jedyny podobny gatunek występujący w tych okolicach. Wiele roślin z rodzaju Centaurea, czyli chabrów. Generalnie lepiej rosną wszystkie rośliny poza rabatami ogrodu. ☻
Po drodze dużo spotykałem pięknych białych kwiatuszków, które okazują się mieć nazwę Cerastium arvense (rogownica polna). Podobno rośnie też, i to pospolicie, w Polsce, ja jednak zobaczyłem ją dopiero we Francji. I ogromnych jaskrów (niejadalne!). Z tablicy informacyjnej wynika, że dzisiejsza roślinność regionu Aubrac to rezultat tysiącleci wypasu.
Po długim okresie drogi łagodnie w dół, kawałek ostrego zejścia po skałach i kamieniach przypomina mi, że jesteśmy w górach (Monts d’Aubrac). Górach kończących płaskowyż, którym ostatnio szedłem.
Trasa wiedzie obok stożka wulkanicznego Belvezet i małej wioski u jego podnóża.
Gospodarz – typ „swój chłop” – mocno chwyta mnie za rękę. Ale mówi, że mają komplet. No i cześć! Na szczęście, pokazuje drogę do St. Chély – nie muszę wracać po swoich śladach do góry. Na rogu dróg widzę pierwsze w tym roku kwitnące poziomki! Idę w dół asfaltem. Pod murkiem jakiś szmer – to przemyka zygzakiem szczupły wąż. Już dzisiaj takie szmery słyszałem, tylko przyczyny nie wytropiłem.
| A to spotkałem w sypialni. A, no i nie zdziwiłem się, że najbliżej mojego łóżka stało łóżko kobiety, z którą najwięcej rozmawiałem przy kolacji. Idzie ambitnie, ok. 500 km! Magia Camino... |
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz