piątek, 22 maja 2026

Etap F9: Nasbinals - Saint-Chély-d'Aubrac

Mimo, że prysznic wziąłem wieczorem i położyłem się rekordowo wcześnie, nie udało mi się wygrzebać przed 8:30. Lepiej nastawiać sobie budzik na pół do siódmej albo jeszcze wcześniej! Od rana słońce, ale jeszcze nie całkiem ciepło. Będzie gorąco, ale może wysokości (>1320 m n.p.m.) to złagodzą.

Najpierw trochę ulicą, potem trochę ostro do góry – zmieniam buty na adidasy – a potem znów łagodną, gładką drogą szutrową prawie po równym. Pielgrzymów jest… wielu. Idę mniej więcej trasą transhumance – dziś zaczyna się w Aubrac, przez które będę przechodzić, jutro wchodzi do St. Chély, gdzie właśnie mam zamiar dziś nocować.

No właśnie, jak z tym noclegiem? Pytanie nie na teraz, bo tu nie ma zasięgu. Wczoraj w gite też nie było! Znowu troszkę pod górę, potem przez teren gospodarza, który łaskawie udostępnił prawo przejścia. Teraz tylko minimalnie pod górę, a jednak ciężko. A słońce grzeje. A krajobraz zmienia się tylko minimalnie. Teraz jakby ciut większe kępki drzew. Wśród pastwisk. Ziemia rudawo-brunatna. Słychać świerszcze, skowronki i inne szczebiotki. Nie ma cienia, żeby odpocząć, więc odpoczywam na nasłonecznionym zboczu.


Wreszcie cień. Idziemy skrajem zadrzewienia pełnego ptaków. A teraz odpoczywam pod rozłożystym, prastarym bukiem albo grabem.
Trzy pary w średnim wieku wreszcie poszły dalej. Minęły mnie też dwie pary młodych dziewczyn.

W najwyższym punkcie trasy (1340 m) drewniany schron przed żywiołami (w moim przypadku – przed słońcem), z przeszklonymi oknami i drzwiami! Jest na tyle duży, że jedna, dwie osoby mogłyby tu nocować.


Pokrzepiający napis na suficie, całkiem niedawny. Podoba mi się koncept!



Po pierwszej dotarłem do dawnego hospitalu czyli schronisko-szpitala dla pielgrzymów. Miejsce to stało się znanym klasztorem i w swoim rozkwicie miało 15 duchownych, 120 mnichów i 30 sióstr-pielęgniarek, a także mikrozakon rycerzy ochraniających pielgrzymów w okolicy!


Aubrac
. Tu się zatrzymałem na kawę i pierwszy od kilku dni ciepły posiłek: omlet z miejscowym serem i... z sałatą! Przygrywa wesoła francuska muzyczka akordeonowa. Jedna starsza pani tańczy, niosąc swoją tacę z jedzeniem. Słodka Francja!

Słońce nie spuszcza z tonu, ale pod tym parasolem jest całkiem przyjemnie. Powietrze nie ma (według mnie) więcej niż 26ºC. A omlet jest naprawdę przedni!

Tuż obok mini-ogród botaniczny! Skrzynka na datki. Wrzucam tylko 1 euro – tyle mam monetami. Inni nie wrzucają nic. Coś jest napisane o 3€, ale bez wskazania, że to obowiązkowe, tylko że tak można ich wesprzeć. Można się tu dowiedzieć, jak się nazywają okoliczne dzikie rośliny, oraz które są jadalne, a które trujące. Dla mnie wszystkie są egzotyczne, choć wyglądają tak niepozornie!

Genêts à balais – to „mój” janowiec czy też żarnowiec<popraw wcześniej!>. Prawidłowa nazwa: żarnowiec miotlasty. Zdaje się, że to nie jedyny podobny gatunek występujący w tych okolicach. Wiele roślin z rodzaju Centaurea, czyli chabrów. Generalnie lepiej rosną wszystkie rośliny poza rabatami ogrodu. ☻

Po drodze dużo spotykałem pięknych białych kwiatuszków, które okazują się mieć nazwę Cerastium arvense (rogownica polna). Podobno rośnie też, i to pospolicie, w Polsce, ja jednak zobaczyłem ją dopiero we Francji. I ogromnych jaskrów (niejadalne!). Z tablicy informacyjnej wynika, że dzisiejsza roślinność regionu Aubrac to rezultat tysiącleci wypasu.


Idę przez tę niewielką (dziś?) wieś. Na pobliskich „drogach campingowych” zaparkowane mnóstwo camperów. Ale krów wędrujących na razie nie widziałem. Oto jednak słyszę, z tyłu i po lewej, ich dzwonki. Gdzie one są? Powietrze już ciut chłodniejsze (tzn. letnie). Szlak schodzi z szosy w leśną, kamienistą drogę. Cały czas schodzę w dół zadrzewioną ale prześwietloną drogą. Zza drzew widzę łąkę. Nikt mnie nie mija, ani w jedną, ani w drugą stronę! W oddali jeszcze słychać tę lokalną szosę. Nawet ptaki o tej porze pośpiewują na „pół gwizdka”. Tylko świerszcze nic sobie nie robią z upału. Znaki szlaku jakubowego zniknęły, choć nie bardzo miały dokąd.


Po długim okresie drogi łagodnie w dół, kawałek ostrego zejścia po skałach i kamieniach przypomina mi, że jesteśmy w górach (Monts d’Aubrac). Górach kończących płaskowyż, którym ostatnio szedłem.

Trasa wiedzie obok stożka wulkanicznego Belvezet i małej wioski u jego podnóża.



Dalej w dół, przez zalesiony teren. Przy ścieżce w bok zaprasza „Écologite”. Idę tą ścieżką z kilometr, cały czas w dół. Obchodzę jakąś górę, oddalając się od potoku na dnie wąwozu… aż wreszcie chyba jest. Świadczą o tym pełznące wśród traw węże doprowadzające wodę. Jakiś domek wyłania się zza ściany lasu poniżej. Na czym polega écolo-gîte? Nie ma wody bieżącej (jak w éco-toilette)? Ciekawość jednak wzięła górę, wespół z obawą, że wszystkie gîtes we wsi mogą być pozajmowane do ostatniego miejsca ze względu na sezon redyku.

Gospodarz – typ „swój chłop” – mocno chwyta mnie za rękę. Ale mówi, że mają komplet. No i cześć! Na szczęście, pokazuje drogę do St. Chély – nie muszę wracać po swoich śladach do góry. Na rogu dróg widzę pierwsze w tym roku kwitnące poziomki! Idę w dół asfaltem. Pod murkiem jakiś szmer – to przemyka zygzakiem szczupły wąż. Już dzisiaj takie szmery słyszałem, tylko przyczyny nie wytropiłem.

Mijam dziwną odwróconą tablicę z nazwą miejscowości. Gdzieś widziałem wytłumaczenie, dlaczego tak robią: to protest rolników przeciwko niesprzyjającej im, nowej polityce rolnej UE. 
Już przechodzę koło kempingów i „terenów sportowych” w Saint Chély. Dochodzi pół do szóstej, a żar leje się z nieba. Tym razem intuicja mówi mi: „Gîte St. André” – i właśnie na to schronisko wyszedłem, idąc moją okrężną drogą! Jest drogo, bo trzeba kupić kolację i śniadanie – ale właśnie tyle gotówki mi zostało. A kolegialna 4-daniowa obiadokolacja (jednym z dań są, francuskim zwyczajem, sery) okazała się bardzo miła. Myślałem nawet, że wegetariańska, ale wśród licznych uduszonych razem warzyw znajdowałem też kawałki mięsa, chyba kurczaka.

Wszyscy przy jednym stole – czy może być piękniejsze zakończenie mojego odcinka Camino we Francji? (sądziłem, że na tej miejscowości poprzestanę). Samo schronisko też jest sympatyczne, ładne. Gospodyni trochę nas rozerwała opowieścią o tym, jak się poznali ze współgospodarzem – a jakże, na 2500-kilometrowym Camino od Genewy do samego Santiago! - a także wyborem króla i królowej wieczoru, tudzież księcia, księżniczki oraz… wróżki. A towarzystwo międzynarodowe – nie tylko francuskie, bo są osoby z USA i Australii. „Księżniczka” była z Australii. A pan gospodarz umiał trochę po polsku (przed laty pomieszkiwał w Polsce, gdzie – jak to bywa – pojechał za ówczesną dziewczyną; bywał z nią w Bieszczadach i gdzie indziej), ale brak mu tu praktyki, więc wziął się za naukę rosyjskiego.

A to spotkałem w sypialni.
A, no i nie zdziwiłem się, że najbliżej mojego łóżka stało łóżko
kobiety, z którą najwięcej rozmawiałem przy kolacji. Idzie ambitnie, ok. 500 km!
Magia Camino...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz