Rano deszcz, z przerwami. Niebo overcast, ale czy czujesz tę świeżość i szum rwącej rzeki? A pielgrzymi w drodze – w pelerynach, niezrażeni pogodą.
Na śniadaniu – kogo widzę? Jedną z dziewczyn, z którymi nocowałem w poprzednim schronisku. A Michel, mój współlokator, zostawił mi ser i masło, mówi, że mu niepotrzebne. Z masła wziąłem tylko z dziesięć deka – nie będę dźwigał dodatkowego ćwierć kilo! Dobrze, że dostałem te wiktuały, bo pierwszy napotkany sklepik – nieczynny.
Droga w górę, umiarkowanie stroma. Na kolejnym zakręcie otwiera się widok na pionowe urwisko (nade mną) – może tam właśnie zmierzam? Kropi. Ptaki rozśpiewane. Obchodzimy dookoła potężną skałę bazaltową, ulubione miejsce wsponaczy. U podnóża nagromadzenie skalnych stopni, nad nim nawis litej skały! Po drugiej stronie drogi też widok niczego sobie.
Wykuta w skale kaplica św. Marii Magdaleny, a obok stół i ławki – miejsce na „piknik pod wiszącą skałą” (dosłownie!). Nieco wyżej jakieś gospodarstwo z okazałym domem z kamieni i głazów, pod nim kamienna obora, a pod jej drzwiami – ponad półmetrowej średnicy głowa z brązu o egzotycznych rysach twarzy!
Nadal w górę, ale łagodnie. Pode mną i za mną, w pewnej odległości, inni pielgrzymi, przeważnie francuscy, ale o różnych kolorach skóry. Wczoraj w kaplicy w Rochegude widziałem witraż z gołębicą. A dziś przed wyjściem przeczytałem (z Ewangelii wg Łukasza) fragment o starych i nowych bukłakach, oraz coś, czego nie pamiętałem: że ludzie przyzwyczajają się do znanego i mówią „Stare jest dobre”. Nastolatka idąca przede mną z ojcem wygląda na otwartą na to co nowe – a co jest może tuż tuż. Ja w każdym razie raz po raz tu jestem czymś zadziwiony. Obym nie był jak ten stary bukłak, czy jak amator zeszłorocznego wina!
Grupa łaciatych krów pozuje parze młodych pielgrzymów. A może po prostu przyglądają się temu strumieniowi ciągnących w górę garbatych, dwunożnych postaci?
Pojawiają się charakterystyczne caminowe kopczyki – ludziki z kamieni, a także reklamy gite i restauracji, nie wspomnianych w Michelinie. Dobra nasza! A droga non-stop pnie się w górę. Roślinność jakby regla górnego: świerki na stromym zboczu, ale na miejscach odsłoniętych. Także niższe drzewa liściaste i krzewy. W górze błękitne niebo i białe obłoki, które jednak szarzeją i łatwo mogą zmienić się w chmury deszczowe. W każdym razie, od przed jedenastą nie pada.
Montaure. Koniec ostrzejszego podejścia (1022 m n.p.m.). Wielka grupa pielgrzymów robi przerwę na piknik – talerze, wymyślne (na oko) potrawy… Dookoła wzgórza wciąż wznoszą się ponad horyzont. Wspinasz się, wspinasz… a na górze jest wioska, a nie żaden szczyt. Ale rozległych widoków nie brakuje. We wiosce Roziers wreszcie, jak przystało na teren górski, wybieg z owcami (albo jagniętami). W nowym domku za wsią oferują „małe co nieco”. Skusiłem się na kawę ze śmietanką i magdalenkę domowego wypieku – w kształcie muszli jakubowej, bardziej krucha niż te ze sklepu, ale i jeszcze smaczniejsza. Siedzę przed domem – szeroka panorama. I zrobiło się dość ciepło.
Spotkałem trzy starsze panie pielgrzymki, idące prawie od St. Privat. Szły raźnie, ale miały krótkie nogi, więc przez długi czas dotrzymywałem im kroku. W końcu jednak zostałem w tyle na błotnistej ścieżce. Tymczasem znów zaczęło padać. Przynajmniej przez dłuższy czas miałem z kim poćwiczyć swój francuski.
W Rognac jest dobrze rozreklamowany lokal „Chez Josie”, czyli chałupa, gdzie babina serwuje m.in. omlet z leśnymi grzybami. Tzn. serwuje w drewnianej altanie w ogrodzie. W każdym razie, nie pada na głowę. W ogóle przestało padać. W altance oprócz mnie są cztery Niemki, pijące herbatę. Jedna z nich wtrąca coś po hiszpańsku.
Charakterystyczna, prawie naturalna rzeźba, zwiastująca bliskość miasta Saugues ...i detal w dolnej części rzeźby
Po drodze do Saugues zagadnął mnie Francuz wędrujący
z małżonką lub partnerką,
a
później wielodzietna rodzina, która mi wczoraj udzieliła
pierwszej pomocy. Właściwie to są trzy rodziny, z Paryża,
wędrujące razem.
Czas bardzo dobry. W Saugues jestem już o szesnastej. Pielgrzymi się mnożą, na szczęście gites d’etape – też. Gîte u p. Julie Gautier to był bardzo dobry wybór. Schronisko (Gîte de Voiyageur, czyli Schronisko Podróżnika) jest czyste, nowe i urządzone specjalnie z myślą o pielgrzymach (co nie jest oczywiste gdzie indziej). Co ważne, jest pralka do dyspozycji gości, i to bez dopłaty! Przyjmuje mnie młoda, ciemnoskóra kobieta, mówiąca czystą francuszczyzną. Ona też nie spisuje moich danych. Jedyny minus: trzeba się wygrzebać do 8.30 – u mnie różnie z tym bywało. W schronisku oprócz mnie tylko troje bardzo młodych ludzi, więc da się wytrzymać z tylko jedną łazienką.
Chciałem zrobić pranie, ale ponieważ ktoś mnie ubiegł, wyszedłem na miasto. Zwiedziłem kościół i znalazłem zachęcającą creperię. Patrzę… a z okna macha do mnie wiele rąk. Podszedłem do okna, a to znowu ta „rodzina wielodzietna”. Pomachałem im, ale się oddaliłem. Jeśli jutro otworzą wcześnie, wstąpię tam na śniadanie. Inaczej pójdę na kawę do „Déli” vis à vis mojego schroniska albo do dowolnego lokalu, który będzie otwarty już przed dziewiątą.
W kościele dowiedziałem się, że to miasto świętego Benilda (ktokolwiek to był. Mają o nim wystawę multimedialną w sąsiedztwie, ale aż tak ciekawy to nie jestem). Z kościołem graniczy dziwny prostopadłościenny kloc: to XIV-wieczna Wieża Anglików.
Z powrotem w schronisku. Młodzi jedzą kolację – jak miło słyszeć ich francuską mowę i młode głosy! W moim pokoju jest jeszcze jeden chłopak, z Grenoble. Nieco starszy od tamtych. Wędruje do Rocamadour (trasa alternatywna) – poszcząc!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz