czwartek, 21 maja 2026

Etap F8: Malbouzon - Nasbinals

 Właściciele chyba miewali spore problemy z pluskwami, bo: 1) kazali plecak zostawić w garażu i wziąć tylko niezbędne rzeczy (a co, jeśli ja noszę w zasadzie tylko niezbędne? Niezbędne głównie na noclegu!), 2) coś pisali chyba, żeby nie zaglądać pod pościel. Wieczorem nie przejąłem się bardzo – wyglądało, że jest bardzo czysto, ale rano zobaczyłem te liczne czarne punkciki na ścianach – i ogarnęła mnie obsesja. Odzież obejrzałem i wytrzepałem. To, czego nie potrafię, oddałem Sile Wyższej… i po zabiegach higienicznych poszedłem zrobić sobie śniadanie z resztki chleba, plus masło, plus roszponka, plus herbata. Znalazłem w szufladzie nóż, z metalowym brzeszczotem, ale plastikowy… i go złamałem na mojej przedwczorajszej bagietce. Długo się zastanawiałem, czy przyznać się właścicielowi. A co, jak zażąda sutego odszkodowania?

W końcu powiedziałem kobiecie, która zaczęła już sprzątać pokoje.

– To nic poważnego – odparła. – I tak są już do wyrzucenia. – Zdjęła mi ciężar z serca.

Rano pogoda w sam raz: słonecznie a niezbyt ciepło (ale i nie zimno). Idę do piekarni, uzupełnić śniadanie kawą z croissantem, i kupić nowy chleb na drogę… a tu zamknięte, choć pamiętałem, że ma być czynne od 7:30. Przed sklepem staruszek, a na drzwiach kartka: „Pojechałem odwieźć dzieci do szkoły. Wrócę o 9:15”. No i tak czekamy, coraz liczniejsza rzesza klientów, bo ten sklepik chyba ma monopol w promieniu pięciu lub więcej kilometrów. I doczekaliśmy się, starszy pan i ja.

Wyruszam ku Nasbinals „na skróty” – najpierw drogą główną (ale mało uczęszczaną), potem ukosem wąską drogą lokalną, która ma mnie we wsi Rieutort doprowadzić z powrotem do szlaku jakubowego. Dookoła cały czas krajobraz „stepowy” – niskie trawy, usiane głazami.

Za wzniesieniem droga niepostrzeżenie łączy się ze szlakiem (skąd się wziął??). W Rieutort stoi wielki kamienny piec (chlebowy zapewne, i pewnie wspólny dla całej wsi). Jeszcze pachnie zwęglonym drewnem. Widać, żę pielgrzymi używają go czasem jako refuge. Przy stolikach na zewnątrz odpoczywa para starszych wędrowców, którzy wyprzedzili mnie po drodze, gdy to ja wypoczywałem i smarowałem się od słońca.

<Fot. łopata> Tak, to piec chlebowy.

Posilam się bułką maślaną z czekoladą. Na ławkę obok mnie wskakuje szaro-bury kotek. Daje się głaskać i wpycha mordkę do mojej torby. Daję mu kawałeczek viennoiserie. Musi być naprawdę głodny, skoro zjada nawet pieczywo! Psy nieraz jedzą takie rzeczy, ale koty?

Oprócz ewidentnych pielgrzymów spotykam sporo turystów z plecakami. W gruncie rzeczy piękna okolica do pieszych wędrówek. No, dziś to naprawdę ciepło. Idę w krótkich spodenkach i sandałach. Właściwie tak wyobrażałem sobie całą tę wędrówkę :) Trawy pachną. Po prawej pojawiło się zakole dość szerokiej rzeczki. To rzeka Bès, a most przez nią pamięta, być może, czasy rzymskie.

Chciałem, to mam: droga jest niezbyt stromo pod górę, jednak daje mi do wiwatu w tym upale. Tym bardziej, że skończyła mi się woda, a we wsi Montgros nie było widać żywego ducha, żeby poprosić.

O drugiej ląduję w Nasbinals. Podziwiam pomniki miejscowych zasłużonych. Żar leje się z nieba. Jak dobrze, że szlak wiedzie nieuczęszczaną ulicą!

Zmiana planów: zostaję w tutejszej gite communale. Zastałem pana, który rano dzwonił do miasteczka Aubrac (następne schronisko, 9 km dalej) i nie mają miejsc, ze względu na trwający redyk krów (transhumance).

– Dlatego jestem tutaj – powiedział. Zostało jeszcze kilka miejsc w grafiku – trzeba się dopisać. Gospodarz przyjdzie o 18-ej.

Dopisałem się. A teraz idę w miasto – bankomat wydał mi 20 euro, potem przestał rozpoznawać moją kartę. „Wiatr wieje tam, gdzie chce”. Jutro mam zamiar przejść cały długi etap do Saint-Chély-en-Aubrac. I zdecyduję, czy zostanę na dziesiąty dzień (tzn. pojutrze).

Kościół w Nasbinals bardzo stary, nieduży, choć z zewnątrz sprawia inne wrażenie – pewnie dlatego, że przylega doń inny budynek w podobnym stylu. Może dawny klasztor. No więc kościół jest piękny. Wyposażony skromnie – ale z organami! Pamiątka dawnej świetności? Obecnie kościoły we Francji zdają się pomału odżywać, odbijać od zupełnego dna. Spadek popularności z reguły wychodzi religiom na dobre. Już drugi raz spotykam w kościele ulotki Towarzystwa Przeciwko Torturom i Karze Śmierci. Ktoś tu coś robi – nie tylko dewocjonalnie.

Przez miasto, dyskretnie między domami przepływa płytka, ale wartka rzeczka, no może potok.

Lokalną specjalnością jest „thé d’Aubrac” czyli rosnąca tu powszechnie, może endemiczna, roślina podobna do mięty (czyścica wielkokwiatowa, Clinopodium grandiflorum). Robią z niej herbatę, ale także perfumy, i dodają do ręcznie robionego mydła. Kupiłem sobie małą kostkę za 2€.

Upał niemiłosierny – dobrze, że zostałem. Jutro trzeba wyjść o wczesnej porze. W biurze informacji turystycznej sprzedają tutejsze „banknoty”, złote monety z wilkiem z Gévaudan, ślicznie malowane (ale i wycenione) muszle św. Jakuba, a także naturalny środek przeciwko pluskwom za jedyne 15 euro.

W jedynej brasserie w miasteczku a.k.a. bar-tabac gra głośna muzyka. Ludzie gadają głośno, coś popijając – ogólnie aura baru piwnego, ale kawy można się napić – niedużo ale i niedrogo. Gdy wchodzę, moje spojrzenie krzyżuje się ze spojrzeniem młodej, urodziwej i skąpo ubranej dziewczyny. Bardzo wolne ruchy – upał tak na nią działa, czy jakiś narkotyk? A może medytuje w ruchu? Przez chwilę myślałem, że to kelnerka… Para barmanów ją ignoruje, dopóki to ona nie nawiązuje kontaktu, i to tylko na chwilę. Kto to jest? Zgrabna i naprawdę ładna, ale dziwne ma spojrzenie. Byłbym gotów zapłacić jej za piwo czy coś takiego, mimo pustek w mojej kasie. Ale chyba moje pytania zostaną bez odpowiedzi, bo dziewczyna już wyszła.

Na jednym ze stolików – tym okrągłym, tak typowo francuskim – w charakterze dekoracji koszyk pełen viennoiserie. Spoglądam łakomym wzrokiem i przywołuję się do porządku: masz chleb, masz sery, masz zieleninę…

Termometr przed zamkniętą w czwartek restauracją pokazuje 27,5º. I tak się czuje.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz