Miasto wystrojone na przyjęcie pochodu krów. Tu i tam ostrokrzewy udekorowane wielkimi kwiatami z kolorowej bibuły. I oczywiście stragany...
Nie wiem, jak to się stało, ale mam kasę na koncie. Wędruję dalej!
W centralnym zakątku miasteczka zorganizowany na prędce kojec dla byczka. Miasto najwyraźniej pozazdrościło Pampelunie i ma zamiar przeprowadzić gonitwę ulicami z bykiem.
Po całym miasteczku rozsiana wystawa wierszy na temat wolności i pokoju.
Kościół św. Heloisa (Eligiusza) – osobliwe połączenie wczesnego gotyku z barokiem. Kamienie wyrzeźbione przez czas.
Przypomina się Sto. Domingo de la Calzada
- ciekawe, jaka tu historia stoi za tym pomnikiem?
Z powodu robót drogowych zmienili przebieg szlaku. Na wyjściu z miasteczka jest całkiem ciekawy. Zrazu w dół, ku rwącemu potokowi St.-Chély; przez Most Pielgrzymów i potem już łagodnie do góry, w delikatnym cieniu. Trawy pachną, ptaszki wyśpiewują. Jest ciepło, ale chłodzą lekkie powiewy wietrzyku. Spotkałem Francuza, który właśnie zaczął swe tegoroczne Camino. Często podróżuje do Polski służbowo. Polecił mi pytać o nocleg w klasztorze przed St.-Côme. Uwielbiam noclegi w klasztorach.
Dzikie róże już tu kwitną (a bzy – jeszcze).
Właśnie
skarżyłem się Francuzowi, że w krajobrazie nic się nie zmienia
od wielu dni, a tu jednak zmiana: z połonin zniknęły głazy. We
wiosce L’Estrade jest dawny piec chlebowy, a przed nim stół i
miejsca do siedzenia (w cieniu). Na stole termosy z kawą i gorącą
wodą (do napoju czekoladowego) oraz sokiem pomarańczowym. Wszystko
po 2 euro. Jest tak gorąco, że zamiast kawy wziąłem ten sok.
Prawdziwy!
Przed termosami szkatułeczka na datki i… wylegujący się kot, oklapły od upału – a teraz wizytę nam (odpoczywającym tu pielgrzymom) składają wielki kogut i kurka. Coś gruchają, ale nie rozumiem po kurzemu. Jest też to, co najważniejsze: kran z pitną wodą. We wsi jest również gite. Otwarte na oścież i czyste, ale ani żywej duszy. Skorzystałem z WC. Na drodze za wsią mijam się ze swobodnie chodzącym byczkiem. Na szczęście, nie przejawia agresywnych zamiarów.
„Mój” Francuz mnie oświecił, że w Górach Margeride kończy się Owernia, a zaczyna „północny kraniec Francji południowej”. I oto dziś tablica informuje, że tu się zaczynają kasztany jadalne, niegdyś występujące tylko na Korsyce i we wschodniej części Pirenejów. W czasach nam bliższych jednak były dla tutejszych chłopów cennym uzupełnieniem diety, może tak jak u nas grzyby czy orzechy laskowe.
Zejście z L’Estrade w stronę St.-Come – na ogół łagodne i trochę nużące, gdyby nie to, że czasami po lewej stronie nie ma drzew i odsłania się szeroka górska panorama. W oddali dzwon bije trzecią i odzywają się dzwonki krów. Dodzwoniłem się do klasztoru – niestety, już nie mają żadnego z 60 miejsc!
Dalej przedzieram się tym krętym wąwozem (jakim jest ta ścieżka). Koło 16-tej nagle przyszła myśl: zadzwonić do tego drugiego schroniska – teraz! O dziwo, połączyło bez problemów – i oto ostatnie miejsce, jakie im dziś zostało, jest moje!
Po drodze napotykam naklejki „Route d’Aqui” – czyli: Szlak Akwitański. Ja jednak interpretuję to z hiszpańska: szlak de aquí y ahora – tu i teraz!
Przekroczyłem, spotykając znajome młode twarze z poprzedniego schroniska, potok Baralde de St.-Chély – czyli zaczęły się ostatnie 4 kilometry (25% dzisiejszego szlaku). Grunt, że mam zapewniony nocleg – a teraz… tu i teraz!
Za potokiem jeszcze trzeba się trochę powspinać. Te ostatnie kilometry okazały się mordercze. W końcu jednak ostatnie zejście – odtąd tylko w dół. Saint-Côme (starówka) jest naprawdę prastarym miasteczkiem, te mury mają setki lat, w wielu miejscach tchnie stęchlizną. Jednak jest to również miasto kwitnących róż. Ruch zmotoryzowany – minimalny, więc słychać głównie ptaki, które czują się tu jak u siebie. Do kościoła wszedłem akurat na koniec nabożeństwa i załapałem się na błogosławieństwo pielgrzymów. W Le Puy się nie udało, tu – owszem. Było nas chyba z kilkanaścioro – i to głównie my robiliśmy frekwencję na mszy. Ale ksiądz w dobrym humorze, i gdy ukazał się zza załomu prezbiterium, poczułem, że jest z nim moc. A do nas mówił zupełnie normalnie, przyjaźnie.
Nazwy ulic przede wszystkim po okcytańsku. Czyż to nie piękne? <fot. Carreyra...>
Na starych zdjęciach widzę, że dawniej te domy sprawiały bardzo nędzne wrażenie. Coś więc musiano zrobić, by przywrócić im świetność, nie zmieniając historycznego charakteru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz